Szydełkowe różności

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej …

szpital

Witajcie, moi kochani!

Nie było mnie tu ponad miesiąc i chciałabym się Wam troszkę z tej mojej nieobecności wytłumaczyć. Chyba zacznę od tego, że rok 2020 czyli tak na prawdę troszkę ponad 1,5 miesiąca, to jeden z najgorszych okresów w moim życiu. I tak jak napisałam w tytule, kiedy już mi się wydawało, że jest tak źle, że gorzej już być nie może, okazywało się, że może i to tak, że sobie tego nawet nie wyobrażałam..

3 stycznia – ratowałam życie swojego czterołapka. Moje ukochane maleństwo zostało dotkliwie pogryzione i przez kilka dni jego życie wisiało na włosku … potem jeździliśmy codziennie na zmiany opatrunku, na zastrzyki, na kontrolę – powolutku zaczął dochodzić do siebie… Najadłam się ogromnie strachu, ale mówię: daliśmy radę, przetrwaliśmy, teraz już będzie dobrze – jakże się myliłam …

15 stycznia mój tato poszedł do szpitala. Wrócił z niego po tygodniu niechodzący, cierpiący, zdezorientowany … Po całym szoku wywołanym jego stanem, rodzinnie zmobilizowaliśmy wszystkie siły – kupiliśmy specjalne łóżko, materac, wózek, stolik i milion innych rzeczy. Jeździliśmy w milion miejsc i załatwialiśmy sprawy o których do tej pory nie miałam pojęcia – refundacje, pomoc pielęgniarska, rehabilitację… W domu wszystkie siły ukierunkowane były na podtrzymywanie taty na duchu, bo wiadomo, że psychiczne nastawienie w walce o zdrowie jest bardzo ważne, a tato był załamany … Musiałam nauczyć się wraz z mamą, jak go pielęgnować, jak się nim zajmować – zwykłe przeniesienie go na wózek było na początku rzeczą nie do zrobienia, wszak tato swoje waży … ale powoli do wszystkiego wraz z mamą doszłyśmy … Znalazłam dwóch rehabilitantów przyjeżdżających dwa razy w tygodniu, lekarza, który raz w miesiącu będzie do taty zaglądał i kontrolował jego stan, czekam w kolejce na pomoc pielęgniarską …

i dobrze, mówię, ogarniemy i to, damy radę …

Dwa dni temu tato obudził się z gorączką sięgającą 41 stopni, majaczył, wezwane pogotowie przez godzinę zbijało mu temperaturę. Potem spał, a po południu zaczął coraz ciężej oddychać a w końcu się dusić. Karetką na sygnale wieczorem trafił na Sor. O północy wyszedł do nas lekarz i powiedział, że tato ma sepsę i kazał nastawić się na najgorsze …

Wiecie, oglądałam takie sceny na filmach, myślałam- jak Ci ludzie słyszące takie straszne słowa muszą potwornie się czuć, jaka rozpacz musi ich przepełniać …

ja nie czułam w tamtej chwili nic. Była we mnie kompletna pustka. Jakby otworzyła się przede mną przepaść, albo jakbym nagle znalazła się pod wodą, cicho, pusto, ciemno, nicość…

Dziś moi drodzy wiemy już, że prognozy doktora z Soru – nota bene przemiłego pana brodacza, który dziś odwiedził tatę na oddziale, się nie sprawdziły. Tato wrócił do życia, teraz już stara się sam mówić, ma apetyt, gorączka nie wraca .. Sam pan ordynator, u którego codziennie rano jestem, jest zdumiony, że jak to dziś powiedział „pacjent nam tak pięknie ozdrowiał”. Więc kochani, ma się ku dobremu – a ja boję się, że kiedy znów odetchnę i powiem: najgorsze już za nami, znów coś się wydarzy…

Rozumiecie już teraz czemu mnie tu nie było. Dużo czytałam, bo w wolnych chwilach książki pozwalały mi się oderwać od smutnych myśli, a przy szydełku – no cóż, myśli się aż za nadto …. Chciałabym bardzo, aby dawne dni wróciły, kiedy problemem było, co ugotować na obiad, jaki projekt szydełkowy wybrać, którą włóczkę kupić … Nie będę pisać, że idzie ku dobremu, nie chcę zapeszać – zwłaszcza, że mnie samą czeka w tym roku operacja, której ogromnie się boję …

A teraz, już na koniec, bardziej optymistycznie, bez smęcenia. Będę miała dla Was coś fajnego niedługo. Moja współpraca z wydawnictwem RM trwa i na blogu pojawi się dla Was niespodzianka :)Wybaczcie mój przydługi wpis, ale chciałam Wam się wytłumaczyć i jednocześnie troszkę symbolicznie zamknąć ten ciężki okres i wrócić do tego co kocham, do szydełkowania…

Trzymajcie się cieplutko!